Pink Floyd - Sławomir Orski - książka wyd. 1991
Opis
O wielu zespołach rockowych mówiono i pisano w swoim czasie, że wyróżniają się wśród innych, że dokonały pionierskich odkryć, zapoczątkowały jakiś nowy kierunek, czy też pozostawiły po sobie fenomenalne, niepowtarzalne płyty. Nieraz były to tylko eksklamatoryjne zachwyty podyktowane bezkrytycznymi emocjami chwili. Szczególnie często zdarzało się to w latach osiemdziesiątych, kiedy to prawie każdemu przyklejano etykietkę nowego Mesjasza. Jeśli jednak ktoś chciałby sporządzić wiarygodną i sensowną listę prawdziwych pionierów rocka, musiałby cofnąć się o prawie 30 lat i przede wszystkim spenetrować lata sześćdziesiąte. Nawet nie podpierając się żadnymi konkretnymi nazwiskami czy nazwami można od razu stwierdzić, że wtedy dokonano prawie wszystkiego. Czasy były ku temu idealne - muzyka rockowa dopiero rodziła się, nabierała rozmachu i odwagi. Była to w zasadzie pierwsza i jedyna okazja, żeby stworzyć coś oryginalnego. W tamtych latach trzeba było jednak wyjść na scenę i zagrać - nie stosowano jeszcze playbacku, a studio nagraniowe nie przypominało wnętrza statku kosmicznego. Liczyły się tylko pomysły i umiejętności. Jeśli więc gdziekolwiek mamy szukać pionierów - musimy ich szukać w czasach, w których każdy dźwięk trzeba było wypracować samemu. W czasach, gdy nie było komputerów, generatorów i wszelkiej super-aparatury, pozwalającej kabotynom, nieukom i muzycznym analfabetom tworzyć coś z niczego i podpisywać dumnie swoim nazwiskiem. Trudno sporządzić pełną listę wykonawców, bez których muzyki rockowej nie byłoby w ogóle. Przede wszystkim dlatego, że wielu z nich dołożyło tylko po jednej cegiełce przy tworzeniu rockowych fundamentów. Gdyby jednak ktoś pokusił się o wymienienie przynajmniej dziesięciu bezwzględnie najważniejszych nazwisk czy nazw, na pewno znalazłyby się wśród nich The Beatles i The Rolling Stones, Robert Fripp, Jim Morrison, Gary Brooker, Jimi Hendrix, Syd Barrett i Roger Waters. Nie wspominam już tutaj o Genesis, The Moody Blues, Van der Graaf Generator itd., bo wtedy lista zrobiłaby się przerażająco długa, a wciąż nie wyszlibyśmy poza lata sześćdziesiąte.
